W połowie XIX wieku Wielką Brytanię ogarnęło szaleństwo. Nie chodziło o religię ani politykę, lecz o żelazo i parę. Podczas tzw. „Railway Mania” każdy, od arystokraty po pokojówkę, kupował akcje spółek kolejowych. Obietnica była prosta: kolej to przyszłość, która zmieni wszystko. I mieli rację – kolej zmieniła świat. Ale zanim to się stało, tysiące fortun wyparowało, a giełda się załamała, zostawiając inwestorów z bezwartościowym papierem. Dziś, blisko 200 lat później, historia zdaje się rymować. Zamiast parowozów mamy układy GPU, zamiast węgla – dane, a w roli maszynistów obsadzono wizjonerów z Doliny Krzemowej. Pytanie brzmi: czy wsiadamy właśnie do pociągu ku świetlanej przyszłości, czy może stoimy na torach, patrząc w światła nadjeżdżającego kryzysu?
Ostatnie dwa lata na rynkach finansowych przypominają euforyczny rajd bez trzymanki. Sztuczna inteligencja przestała być domeną inżynierów i stała się głównym paliwem globalnej gospodarki – a przynajmniej tak twierdzą rynkowe wyceny. Wzrosty są bezprecedensowe, a kapitalizacja gigantów technologicznych pcha indeksy na historyczne szczyty. Jednak w cieniu rekordów na Wall Street narasta niepokój. Czy to, co obserwujemy, to fundament nowej ery przemysłowej, czy klasyczna bańka spekulacyjna, która lada moment pęknie z hukiem słyszalnym na każdym kontynencie?