Przez dziesięciolecia japoński rynek obligacji skarbowych (JGB) był synonimem spokoju i stabilności. Dzięki polityce Kontroli Krzywej Dochodowości (YCC) prowadzonej przez Bank Japonii (BoJ), rentowność długoterminowych obligacji (szczególnie 10-letnich) była sztucznie utrzymywana na poziomie bliskim zera. Ten stan rzeczy, wspierany przez dekady deflacji i bardzo niskiego wzrostu, uczynił Japonię największym na świecie wierzycielem i kluczowym eksporterem kapitału, a jej obligacje – bezpieczną przystanią w globalnym systemie finansowym. Sytuacja ta zaczyna się jednak gwałtownie zmieniać. Historyczna decyzja Banku Japonii o poszerzeniu pasma tolerancji dla 10-letnich JGB pozwalająca na podwyższenie ich docelowej rentowności wstrząsnęła rynkami finansowymi. Wzrost rentowności japońskich obligacji oznacza, że Japonia przestała być bezwarunkowym pożyczkodawcą dla reszty świata. Zwrot w polityce monetarnej tak gigantycznego gracza ma więc potencjał wywołać efekt domina, generując tektoniczne przesunięcia na światowych rynkach długu.
Przyczyny wzrostu rentowności japońskich obligacji są złożone i wynikają zarówno z decyzji Banku Japonii, jak i zmian politycznych oraz globalnych impulsów rynkowych. Duży wpływ na obecną sytuację mają wysiłki Banku Japonii, który ma na celu zmniejszenie jego dominującej pozycji na krajowym rynku obligacji. Bank centralny od lat odgrywał kluczową rolę, gromadząc ogromne ilości długu rządowego w ramach walki z panującą deflacją, która rozpoczęła się w latach 90. XX wieku w tzw. „Zgubionej Dekadzie”. Wraz z wychodzeniem Japonii z deflacji BoJ zmienia swoją politykę: ogranicza luzowanie ilościowe, zmniejsza skup obligacji i stopniowo podnosi stopy procentowe.
Wykres. 1 Suma aktywów krajowych banku Japonii (źródło: fred.stlouisfed.org/series/JPNASSETS)
Jak widać na powyższym wykresie, od szczytu BoJ pozbył się już aktywów o wartości niemal 40 bilionów jenów i obecnie ma aktywa o wartości 717 bilionów. Fundamentalnym impulsem wzrostu rentowności jest także rosnąca inflacja. Od kwietnia 2022 roku wskaźnik CPI w Japonii systematycznie przekracza 2-procentowy cel BoJ (Wykres.2), co doprowadziło do zakończenia okresu ujemnych stóp procentowych w 2024 roku, a na początku 2025 roku główna stopa procentowa wzrosła do 0,5%, najwyżej od 17 lat.
Wykres. 2 Wskaźnik inflacji w Japonii (źródło: Bank Światowy data.worldbank.org/indicator/FP.CPI.TOTL.ZG?locations=JP)
Na dynamikę rynku wpłynęły również czynniki polityczne. Po wyborach i lipcowym osłabieniu rządzącej Partii Liberalno-Demokratycznej doszło do rezygancji premiera Shigeru Ishiby i objęcia urzędu przez Sanae Takaichi, pierwszą kobietę premier Japonii. Takaichi uważana jest za zwolenniczkę „Abenomiki”, a więc programu ożywiania gospodarki prowadzonego przez byłego premiera Shinzo Abe, który opierał się głównie na luzowaniu polityki pieniężnej, stymulacji fiskalnej i reformach strukturalnych. Nic więc dziwnego, że pod jej przywództwem rząd kładł nacisk na politykę fiskalną w celu wspierania wzrostu gospodarczego. We wtorek 18 listopada specjalne kolegium przy premier oficjalnie zaproponowało dodatkowy budżet przekraczający 25 bilionów jenów (161 mld USD) w celu sfinansowania pakietu stymulacyjnego, który początkowo miał wynosić 17 bilionów jenów (110 mld USD). Analitycy obawiają się, że wdrożone pakiety dodatkowo wpłyną na wysokość inflacji, co tym samym skłoni bank centralny do dalszego podnoszenia stóp procentowych, a inwestorów do sprzedawania obligacji Japonii. Zwiększyła się więc podaż obligacji i natychmiast podniosła ich rentowności: 30-letnie papiery osiągnęły 2,3%, a 10-letnie przekroczyły próg 1,75% — najwyżej od 18 lat. Jednocześnie notowania jena wobec dolara są najniższe od lutego (przekroczyły 155 jenów za dolara), co także może wpływać na wysokość inflacji.
Na wzrost cen Japonia czekała dosyć długo. Nawet w okresie ożywienia gospodarczego po pandemii, kiedy na całym świecie szalała wysoka inflacja, w Japonii szoku inflacyjnego nie było. Kiedy ostatnio ceny zaczęły powoli rosnąć, reakcja banku centralnego na początku była entuzjastyczna. Inflacja jednak zaczęła rosnąć coraz bardziej. Bank Japonii stoi więc dziś przed trudnym wyborem. Pod koniec października stopa procentowa na poziomie 0,5% została utrzymana, ale większość analityków prognozuje, że kolejna podwyżka może wystąpić już w grudniu do poziomu 0,75%. Prezes BoJ, Kazuo Ueda, w protokole Rady ds. Polityki Gospodarczej i Fiskalnej z 18 listopada stwierdził, że „utrzymywanie zbyt luźnej polityki pieniężnej przez zbyt długi czas może zagrozić osiągnięciu stabilnego celu inflacyjnego”, wskazując wprost na możliwość dalszego zacieśniania polityki.
Choć 0,5% wydaje się niskie, inwestorzy zastanawiają się, co się wydarzy, gdy różnica między stopami procentowymi w Japonii i na Zachodzie zacznie się zmniejszać. Czy kapitał będzie napływał do Japonii? Pytanie to nabiera szczególnego znaczenia w kontekście obligacji. Jeśli ich rentowność zbliży się do poziomu inflacji, a jen zacznie się umacniać dzięki napływowi kapitału, może to stworzyć dla inwestorów atrakcyjną kombinację warunków inwestycyjnych.
Szybki wzrost rentowności japońskich obligacji zagraża popularnej strategii „yen carry trade”. Polega ona na zaciąganiu pożyczek w jenach o niemal zerowym oprocentowaniu i inwestowaniu tych środków w zagraniczne aktywa o wyższej rentowności, najczęściej w Stanach Zjednoczonych. Deutsche Bank AG ostrzega, że wzrost rentowności obligacji japońskich może przyciągać lokalnych nabywców, powodując odpływ kapitału z obligacji skarbowych USA.
Analitycy Macquarie wskazują, że może pojawić się „punkt krytyczny”, w którym różnica w stopach procentowych między Japonią a USA zmniejszy się na tyle, że obligacje krajowe staną się atrakcyjniejsze niż amerykańskie aktywa. Albert Edwards z Societe Generale ostrzega, że taki scenariusz mógłby wywołać „globalny Armagedon” na rynkach finansowych, zwłaszcza w sektorze amerykańskich firm technologicznych, które korzystały z napływu japońskiego kapitału.
Historia pokazuje, że powrót kapitału do Japonii nie jest nowym zjawiskiem. Ostatnia duża likwidacja pozycji w ramach tej strategii miała miejsce w sierpniu 2024 roku, kiedy Bank Japonii zaskoczył rynki podwyżką stóp procentowych. Jen umocnił się, a globalne rynki spadły, gdy inwestorzy pospiesznie zamykali swoje pozycje. Teraz część strategów obawia się powtórki. Alicia García-Herrero z Natixis prognozuje, że nadchodzące cofnięcie rynku może być jeszcze poważniejsze.
Nie wszyscy przewidują jednak katastrofę. Guy Stear z Amundi zwraca uwagę na dużo mniejszą różnicę w stopach procentowych między obecnymi 2-letnimi obligacjami skarbowymi Japonii i USA a ubiegłym rokiem, co sprawia, że krótka sprzedaż jena jest mniej kusząca. Ricardo Rebonato, profesor finansów w EDHEC Business School, dodaje natomiast, że obserwujemy raczej „postępującą erozję” tej strategii w dłuższym okresie, niż implozję.
Jednak sytuacja japońskich inwestorów instytucjonalnych jest kluczowa dla globalnych rynków. Fundusze emerytalne i towarzystwa ubezpieczeniowe mają zobowiązania w jenach. Gdy rentowność krajowych obligacji rośnie do 1,7%, a koszt zabezpieczenia walutowego (hedging) sprawia, że amerykańskie 10-latki dają realnie ujemną stopę zwrotu, decyzja staje się jasna: sprzedaż Treasuries i zakup japońskich obligacji.
Japonia dysponuje około 3,3 bln USD aktywów zagranicznych netto, z czego:
• 1,13 bln USD w amerykańskich obligacjach skarbowych (najwięcej na świecie),
• kilkaset miliardów w obligacjach europejskich, agencjach USA (Freddie/Fannie) i długu korporacyjnym.
Już w III i IV kwartale 2025 roku widzimy pierwsze sygnały zmian. Japońscy ubezpieczyciele na życie sprzedają zagraniczne obligacje najszybciej od 2016 roku, a GPIF (Government Pension Investment Fund – Rządowy Fundusz Inwestycyjny Emerytalny Japonii, największy fundusz emerytalny świata z 1,7 bln USD aktywów) zapowiedział zwiększenie alokacji w krajowe obligacje i akcje kosztem inwestycji zagranicznych. To nie chwilowa korekta, lecz strukturalna zmiana, która w ciągu 3–5 lat może spowodować odpływ 500–800 mld USD z rynków zagranicznych.
Skutki dla świata mogą być poważne. Wyższe rentowności obligacji japońskich przy niskich stopach w USA i Europie mogą podnieść koszty długu zagranicznego. Wyższe stopy w Japonii mogą również zachęcić krajowych inwestorów do repatriacji kapitału z zagranicy, co wcześniej było jednym z głównych mechanizmów napływu kapitału na rynki światowe. Po raz pierwszy od 2020 roku japońskie instytucje będą miały wystarczająco wysokie rentowności, by pozostawić kapitał w kraju. Analitycy banku inwestycyjnego RBC Capital Markets ostrzegają, że może to oznaczać „moment przełomowej zmiany” i stanowić wyzwanie dla globalnych rynków długu, przyzwyczajonych do stałego popytu ze strony japońskich inwestorów.
Na podstawie danych State Street widać dodatkowo, że japońska ekspozycja na aktywa amerykańskie jest silnie skoncentrowana na akcjach, z kwotą bliską 18,5 biliona dolarów w akcjach w porównaniu do 7,2 biliona dolarów w obligacjach skarbowych. Oznacza to, że ewentualna repatriacja kapitału nie musiałaby dotyczyć tylko rynku obligacji – mogłaby wywołać globalne turbulencje również na rynkach akcji. Zgodnie z analizą Torstena Sloka, głównego ekonomisty Apollo, ewentualny odpływ kapitału prawdopodobnie rozpocząłby się od akcji, a następnie przesunąłby się na obligacje korporacyjne – a nie obligacje skarbowe.
Wewnętrzna sytuacja Tokio jest równie skomplikowana. Japonia jest najbardziej zadłużonym państwem na świecie. Wskaźnik dług/PKB wynosi około 263%, każdy 1% wzrostu rentowności to dodatkowe ok. 10 bln jenów rocznie (1,8% PKB). Dlatego część analityków obawia się wejścia Japonii w pułapkę zadłużenia, sytuacji gdzie zbyt wysokie stopy procentowe doprowadziłyby do kryzysu fiskalnego. Jeśli rentowności 10-letnich obligacji wzrosłyby powyżej 2,5–3%, Bank Japonii mógłby zostać zmuszony do powrotu do polityki kontroli krzywej dochodowości (YCC) lub skupu obligacji na wielką skalę. A to z kolei groziłoby całkowitym podważeniem wiarygodności banku centralnego w oczach globalnych inwestorów. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest jednak stabilizacja rentowności 10-letnich obligacji na poziomie 1,8-2,2%, co skutkowałoby stopniową repatriacją kapitału oraz nieznacznym wzrostem kosztu światowego długu.