Stop Loss. Take Profit

Koniec neoliberalnej pewności: system szuka nowych reguł.

  1. W dzisiejszym Profit Journal:
  2. Pęknięcia w obietnicy dobrobytu
  3. Globalizacja zmienia geografię
  4. Państwo wraca do fabryk
  5. Nowy paradygmat  bez gotowej instrukcji

Fabryki chipów zyskują rangę infrastruktury strategicznej, cła wracają do centrum polityki, a państwa coraz śmielej wspierają wybrane branże. Porządek oparty na wierze w liberalizację i globalną integrację traci oczywistość. Co zajmie jego miejsce — i dlaczego odpowiedzi warto szukać w badaniach nad instytucjami?

Pęknięcia w obietnicy dobrobytu

Przez dekady droga do bogactwa wydawała się stosunkowo prosta: otworzyć gospodarkę, uwolnić konkurencję, prywatyzować i zapewnić stabilność pieniądza. Kapitał miał trafiać tam, gdzie wykorzystuje się go najlepiej. Dziś rządy pytają również o pochodzenie półprzewodników, kontrolę nad surowcami i możliwość utrzymania produkcji w razie konfliktu. Cenie coraz częściej towarzyszy kalkulacja bezpieczeństwa.

Neoliberalizm jest pojęciem nieostrym. Tutaj oznacza kierunek polityki gospodarczej, który od lat osiemdziesiątych XX wieku wzmacniał rolę konkurencji, prywatyzacji i otwierania rynków, ograniczając zaufanie do bezpośredniego sterowania gospodarką. Nigdy nie był jednolitą doktryną, a państwo nadal ustanawiało prawo i finansowało infrastrukturę. Jego wpływ polegał również na określeniu, które rozwiązania uchodziły za oczywiste, a które wymagały szczególnego uzasadnienia.

Ten porządek miał realne osiągnięcia. Rozwój handlu poszerzał wybór konsumentów, a inwestycje zagraniczne ułatwiały transfer technologii. Problem pojawiał się wtedy, gdy korzyści dla całej gospodarki utożsamiano z poprawą sytuacji każdego jej uczestnika. Badania Davida Autora, Davida Dorna i Gordona Hansona nad konkurencją importową z Chin pokazały, że dotknięte nią amerykańskie rynki pracy dostosowywały się bardzo powoli. Straty zatrudnienia i dochodów potrafiły utrzymywać się przez lata. Tańsze towary w sklepie nie rozwiązywały problemu miasta, które straciło najważniejszego pracodawcę.

Kryzys finansowy z 2008 roku podważył przekonanie o zdolności sektora finansowego do skutecznego kontrolowania własnego ryzyka. Pandemia ujawniła podatność dostaw na nagłe zakłócenia, a pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę w 2022 roku nadała zależności energetycznej wymiar strategiczny. Każdy z tych wstrząsów dotyczył innego obszaru. Razem utrudniły obronę polityki, która traktowała wzrost efektywności jako wystarczającą odpowiedź na problemy gospodarcze.

Wątpliwości dojrzewały także wewnątrz instytucji kojarzonych z liberalnym porządkiem. W opublikowanym w 2016 roku artykule „Neoliberalism: Oversold?” ekonomiści Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazywali, że korzyści z części polityk liberalizacji przepływów kapitału i konsolidacji fiskalnej przeceniano, a ich koszty społeczne niedoszacowywano. Była to krytyka określonych narzędzi, nie odrzucenie gospodarki rynkowej. Pokazywała jednak, że wcześniejsza pewność ustępuje miejsca pytaniom o warunki, w których dana recepta rzeczywiście działa.

Globalizacja zmienia geografię

Słowo „deglobalizacja” sugeruje świat, w którym fabryki wracają do krajów pochodzenia, granice zamykają się, a handel systematycznie maleje. Dane pokazują bardziej złożony obraz. Według raportu rocznego WTO z 2026 roku światowy handel towarami zwiększył w 2025 roku swój wolumen o 4,6 proc. Wzrost wspierały między innymi zakupy produktów związanych ze sztuczną inteligencją oraz przyspieszanie importu przed wejściem w życie nowych ceł. Wynik ten nie usuwa zagrożeń, ale utrudnia opowieść o prostym odwrocie od wymiany międzynarodowej.

Trafniejszym opisem wielu zmian jest fragmentacja: powiązania gospodarcze coraz silniej zależą od relacji politycznych. Firma wybierająca dostawcę bierze pod uwagę możliwość sankcji, ograniczeń eksportowych lub zamknięcia szlaku transportowego. Państwo może zaakceptować wyższy koszt produkcji, jeśli ograniczy to ryzyko utraty dostępu do kluczowej technologii. Do rachunku efektywności wchodzi więc składka za bezpieczeństwo, nawet jeśli trudno ją precyzyjnie wycenić.

Stąd popularność pojęć takich jak nearshoring, czyli przenoszenie produkcji bliżej rynku zbytu, oraz friendshoring — lokowanie jej w krajach uznawanych za politycznie przyjazne. Procesy te nie muszą prowadzić do pełnej samowystarczalności. Często oznaczają dodatkowego dostawcę, drugi zakład albo zmianę trasy, którą towar dociera do odbiorcy. Gita Gopinath w analizie przedstawionej w MFW w 2024 roku wskazywała na rolę krajów pośredniczących, między innymi Meksyku i Wietnamu, w podtrzymywaniu połączeń między gospodarkami USA i Chin. Ograniczenie bezpośredniego importu z jednego państwa nie musi zatem usuwać zależności od jego komponentów.

Bezpieczeństwo ma jednak cenę. Dublowanie zdolności produkcyjnych wymaga kapitału, a bariery handlowe mogą podnosić koszty przedsiębiorstw i ceny dla konsumentów. Również odporności nie da się sprowadzić do krajowego adresu fabryki. Produkcja skupiona w jednym państwie pozostaje podatna na lokalną awarię sieci, powódź czy błąd regulacyjny. Zróżnicowana sieć dostawców bywa bezpieczniejsza niż jedna rodzima wytwórnia.

Powstaje więc globalizacja bardziej selektywna, w której rządy różnicują podejście do sektorów. Handel odzieżą i kontrola nad technologią produkcji zaawansowanych chipów mają inne znaczenie strategiczne. Trudność polega na wyznaczeniu granicy: jeśli każda branża zostanie uznana za kluczową dla bezpieczeństwa, argument ten może uzasadniać niemal dowolną ochronę przed konkurencją.

Państwo wraca do fabryk

Zmianę nastawienia widać szczególnie w polityce przemysłowej, czyli działaniach państwa wspierających rozwój wybranych sektorów lub zdolności produkcyjnych. Badacze MFW i Global Trade Alert odnotowali ponad 2500 takich interwencji na świecie w 2023 roku. Około 71 proc. zaklasyfikowano jako zakłócające handel, a w tej grupie przeważały działania gospodarek rozwiniętych. Promowanie własnego przemysłu stało się praktyką również w krajach, które wcześniej szczególnie mocno podkreślały zalety otwartej konkurencji.

Dobrym przykładem nowych ambicji jest przedstawiony przez Komisję Europejską w lutym 2025 roku Clean Industrial Deal. Łączy on konkurencyjność przemysłu z dekarbonizacją, dostępem do tańszej energii i rozwojem czystych technologii. Państwo ma współtworzyć warunki, w których inwestowanie w określone rozwiązania staje się opłacalne: przez infrastrukturę, finansowanie, zamówienia publiczne i regulacje. To szersza rola niż interwencja podejmowana dopiero wtedy, gdy przedsiębiorstwo lub cały sektor znajduje się na skraju upadku.

Ekonomiczne uzasadnienie takiego podejścia nie wymaga porzucenia rachunku kosztów. Inwestor budujący nową technologię nie zawsze przejmuje wszystkie korzyści, które przyniesie ona gospodarce. Część wiedzy wykorzystają inne firmy, a nowa sieć energetyczna może umożliwić inwestycje wielu podmiotom jednocześnie. Prywatne decyzje mogą więc prowadzić do zbyt małej skali przedsięwzięć korzystnych społecznie. Dobrze zaprojektowane wsparcie publiczne pomaga tę różnicę ograniczyć. Polityka przemysłowa ma też własne słabości. Urzędnicy dysponują niepełną wiedzą, przedsiębiorstwa zabiegają o przywileje, a politykom trudno zakończyć program, z którym związali swój prestiż. Dotowany producent może poświęcać więcej wysiłku na utrzymanie pomocy niż na poprawę produktu. Subsydium wypłacone firmie, która zrealizowałaby inwestycję również bez niego, zwiększa jej zysk, lecz nie tworzy oczekiwanej dodatkowej wartości dla gospodarki.

Dlatego istotą sporu powinny być warunki wsparcia: jasny cel, możliwość porównania wyników, ograniczony czas pomocy i gotowość do wycofania środków. Mariana Mazzucato i Dani Rodrik proponują analizowanie polityki przemysłowej właśnie przez pryzmat zobowiązań, jakie państwo może stawiać korzystającym z niej przedsiębiorstwom. Publiczne pieniądze mogą wiązać się z wymaganiami dotyczącymi inwestycji, zatrudnienia, dostępu do technologii czy wpływu na środowisko.

Sam wzrost wydatków nie rozstrzyga zatem, czy rodzi się lepszy model gospodarki. Liczy się zdolność państwa do stawiania celów, uczenia się na błędach i odpierania nacisku grup interesu. W tym miejscu debata o powrocie interwencjonizmu spotyka się z ekonomią instytucjonalną.

Nobliści przypominają o regułach gry

Instytucje w języku ekonomii oznaczają znacznie więcej niż urzędy. To także prawa własności, zasady zawierania i egzekwowania umów, nieformalne normy oraz ograniczenia nakładane na władzę. Od nich zależy, czy przedsiębiorca opłacalnie zainwestuje w nowy produkt, czy raczej w zdobycie politycznej ochrony. Ten sam rynek może premiować innowacyjność albo dostęp do decydentów, zależnie od reguł, według których działa.

Nie jest to świeże odkrycie. Ronald Coase otrzymał ekonomicznego Nobla w 1991 roku za badania nad znaczeniem kosztów transakcyjnych i praw własności. Douglass North, współlaureat z 1993 roku, badał rolę instytucji w historycznych procesach rozwoju. Ich dorobek przypomina, że sprawnego rynku nie da się zrozumieć bez praw i reguł organizujących wymianę.

W 2009 roku nagrodę otrzymali Elinor Ostrom i Oliver Williamson. Ostrom pokazała, że wspólnoty użytkowników potrafią w określonych warunkach skutecznie zarządzać wspólnymi zasobami, takimi jak łowiska czy systemy nawadniania. Williamson wyjaśniał, kiedy transakcje lepiej organizować poprzez rynek, a kiedy wewnątrz przedsiębiorstwa. Ich prace poszerzały repertuar możliwych rozwiązań: znaczenie ma to, jak ludzie organizują współpracę, kontrolę i odpowiedzialność.

W 2024 roku do tego wątku wrócili Daron Acemoglu, Simon Johnson i James A. Robinson, wyróżnieni za badania nad powstawaniem instytucji i ich wpływem na dobrobyt. W ich ujęciu instytucje włączające poszerzają dostęp do szans gospodarczych i ograniczają arbitralność władzy. Instytucje ekstrakcyjne służą natomiast przejmowaniu korzyści przez uprzywilejowane grupy. Z tej perspektywy samo ogłoszenie prywatyzacji albo uruchomienie funduszu rozwojowego mówi niewiele. Trzeba jeszcze sprawdzić, kto uzyska dostęp do majątku lub pieniędzy i kto będzie kontrolował sposób ich wykorzystania.

Kolejny ważny akcent przyniosła nagroda z 2025 roku dla Joela Mokyra, Philippe’a Aghiona i Petera Howitta za wyjaśnianie wzrostu napędzanego innowacjami. Mokyr analizował historyczne warunki trwałego postępu technologicznego, a Aghion i Howitt rozwinęli teorię wzrostu przez twórczą destrukcję, w której nowe rozwiązania wypierają stare. Nie należy wszystkich tych badaczy zaliczać do jednej szkoły instytucjonalnej. Ich dorobek pozwala jednak lepiej zrozumieć, dlaczego rozwój zależy zarówno od powstawania wiedzy, jak i od możliwości jej wykorzystania oraz wejścia nowych firm na rynek.

Nagrody te nie dowodzą systematycznego wzrostu znaczenia jednej szkoły; honorują dorobek powstający przez dziesięciolecia. Można je odczytać jako przypomnienie, że kapitalizm wymaga analizy historii, władzy i organizacji społecznej. Ekonomia instytucjonalna dostarcza narzędzi do oceny zarówno prywatnego monopolu, jak i administracji rozdającej polityczne przywileje.

Nowy paradygmat bez gotowej instrukcji

Z utraty wiary w dawne recepty nie wyłania się jeszcze jeden spójny następca neoliberalizmu. Większa aktywność państwa może służyć transformacji energetycznej, poprawie jakości pracy i rozwojowi technologii. Może też wzmacniać zamknięte układy biznesowe oraz rywalizację, w której każdy kraj próbuje przerzucić koszty na sąsiadów. Podobne instrumenty — cła, dotacje, zamówienia publiczne — prowadzą do różnych rezultatów w zależności od celu i sposobu zastosowania.

Jedną z propozycji uporządkowania tej debaty jest produktywizm Daniego Rodrika. W centrum stawia on tworzenie produktywnych, dobrych miejsc pracy dostępnych dla różnych grup społecznych i regionów. Zakłada współpracę sektora publicznego i przedsiębiorstw w usuwaniu barier rozwoju, łącząc politykę wobec firm z podnoszeniem kwalifikacji pracowników. Pomoc osobom, które przegrywają na zmianach gospodarczych, zaczynałaby się więc również tam, gdzie powstają decyzje o technologii, lokalizacji inwestycji i organizacji pracy.

Obok wzrostu PKB miarą sukcesu stają się odporność na wstrząsy, dostęp do dobrej pracy i koszty środowiskowe. Cele te mogą ze sobą konkurować. Bezpieczniejszy łańcuch dostaw bywa droższy, a inwestycja publiczna wymaga rezygnacji z innego wydatku lub dodatkowego obciążenia budżetu. Wiarygodność nowej polityki zależy także od uczciwego pokazania tych kosztów. Potrzebna pozostaje konkurencja, dzięki której nowe firmy mogą podważać pozycję liderów. Ochrona przedsiębiorstwa wyłącznie dlatego, że jest krajowe, może utrwalać jego słabość. Przewidywalne prawo, sprawne sądy i kontrola administracji zyskują na znaczeniu wraz ze wzrostem ambicji państwa. Instytucje dysponujące większymi środkami powinny podlegać rygorystycznej ocenie i kontroli.

Dla Polski oznacza to potrzebę ostrożnego wykorzystania zmian w geografii produkcji. Bliskość dużego rynku europejskiego może sprzyjać przyciąganiu inwestycji, ale sama lokalizacja nie zapewni wzrostu wartości tworzonej w kraju. Potrzebne są kompetencje, zaplecze badawcze, niezawodna energia i możliwość rozwijania własnych produktów. Głębsza fragmentacja oznaczałaby zarazem ryzyko dla gospodarki uczestniczącej w europejskich łańcuchach dostaw. Rozsądna strategia powinna łączyć budowanie własnych zdolności z utrzymywaniem dostępu do zagranicznej wiedzy, kapitału i odbiorców.

Być może właśnie tu przebiega najważniejsza zmiana: coraz trudniej uznać, że istnieje jeden zestaw reform działający niezależnie od historii, polityki i jakości instytucji. Koniec neoliberalnej pewności otwiera przestrzeń do eksperymentowania, ale nie daje gwarancji postępu. O jakości następnej epoki zdecyduje to, czy uda się ustanowić reguły, które rozliczają z efektów zarówno wielki biznes, jak i państwo.

Autor: Marcin Kępczyk

© Copyright profit-journal.pl - All rights reserved – Privacy Policy

© Copyright profit-journal.pl - All rights reserved – Privacy Policy