Gdy świat obiegła informacja o amerykańskiej operacji i aresztowaniu Nicolása Maduro, internet i media zalała fala komentarzy w jednym tonie: „Wujek Sam wrócił po swoją ropę”. Oliwy do ognia dolał zresztą sam Donald Trump, który w charakterystycznym dla siebie stylu stwierdził wprost, że USA „zabezpieczają te zasoby”. Taka narracja wydaje się prosta i logiczna. Wenezuela ma przecież największe potwierdzone rezerwy ropy naftowej na świecie, a ceny paliw to polityczne być albo nie być dla każdej administracji w Waszyngtonie. Jednak z perspektywy rynku energii, geologii i twardej ekonomii, teza ta jest dziurawa jak sito. Co więcej, upadek reżimu Maduro może przynieść niezamierzone skutki dla globalnego rynku, zwalniając tankowce dla rosyjskiej „floty cieni”.